Zanim założysz agencję – odcinek 8: Mit założycielski

W dzisiejszym odcinku zapraszam do wehikułu czasu na wspominki związane z tym, co zachęciło mnie do tego, żeby rzucić etat i założyć własny biznes.

Zacznijmy od tego, że to były trochę inne czasy. Na rynek pracy wchodziłem na trzecim roku studiów, stażując za darmo w zespole PR jednego z banków. Później wygrałem dwa razy konkurs „Grasz o staż” – rywalizowano w nim o staż w korpo, co jak mniemam dla większości pokolenia Z musi brzmieć absolutnie irracjonalnie. Po jednym z takich staży zostałem na dłużej, najpierw zaproponowano mi 6-miesięczny kontrakt, a później stały etat. Trafiłem do HP – firmy z dużymi tradycjami, potężnym know-how i wysoką kulturą korporacyjną. Chłonąłem i przesiąkałem pewnym stylem, który – jak miało się okazać – przydaje mi się do dziś. Kilka lat później zdecydowałem się na transfer do Getin Holding.  Getin był jedną z najjaśniej święcących gwiazd na GPW z dużymi ambicjami na rozwój międzynarodowy. Był to wtedy naprawdę dobry krok naprzód.

O ile w HP zajmowałem się B2B z dużym naciskiem na rynek enterprise, to w Getinie zająłem się absolutnie wszystkim, co było związane z komunikacją wewnętrzną i media relations w olbrzymiej już wtedy organizacji. Byłem w epicentrum tego, co działo się w rozgrzanej po akcesji do UE polskiej gospodarce. Getin był zupełnym przeciwieństwem HP – amerykański gigant z listy Top 500 Fortune vs dynamiczny polski podmiot z wizjonerskim i ambitnym właścicielem na czele. Ale od zaplecza nie było tak różowo.

Prawdę powiedziawszy, pierwsze tygodnie to był dla mnie absolutny szok 😉

Z jednej z lepiej ułożonych globalnych firm trafiłem do trochę bardziej rozwiniętego start-upu. No ale trzeba było sobie jakoś radzić. Z perspektywy czasu uważam, że było to to, co właśnie było mi potrzebne. Miałem to szczęście, że w obu tych biznesach miałem dosyć duże pole manewru, które pozwalało mi realizować ciekawe projekty i rozwijać się w pożądanych kierunkach.

A gdzie tu jest własna agencja? Powoli… do tego musiałem dojrzeć.

 

Niemal od samego początku kariery miałem okazję współpracować z różnymi agencjami. Początkowo wcale nie uważałem, że agencyjna perspektywa jest atrakcyjna. Wydawało mi się, że po stronie marki jest lepiej, ma się większą kontrolę, a do tego jeszcze trochę prestiżu, stabilniejszą sytuację finansową i perspektywy na awanse do końca życia… (tak, to jest właśnie młodzieńcza naiwność). Do tego, by spróbować zrobić coś we własnym zakresie, dochodziłem etapami.

Z jednej strony, realizując różne projekty z zakresu custom publishingu, zacząłem w pewnym momencie dostrzegać wady agencji i nieco arogancko uważać, że w sumie zrobiłbym to lepiej (oczywiście z perspektywy czasu okazało się, że moja optyka była tylko częściowo zasadna).

 

Z drugiej strony, zaczęło do mnie docierać, czym właściwie jest przedsiębiorczość. Duża w tym zasługa wielu znakomitych założycieli firm, których miałem okazję spotkać przy okazji współpracy nad projektem „Przedsiębiorczość – inicjatywa Leszka Czarneckiego”. Przesiąkałem też przedsiębiorczą atmosferą Holdingu – obserwowałem, jak tworzy się coś z niczego. Powoli docierało do mnie, że o ile marketing jest fajny, to zarządzanie firmą i prowadzenie biznesu może być jeszcze fajniejsze.

 

W pewnym momencie stwierdziłem, że muszę spróbować – najwyżej mi się nie uda.

Moment wybrałem sobie na to idealny: wrzesień 2009 – do Polski docierała globalna zawierucha związana z upadkiem Lehman Brothers, skutkująca chociażby mocnymi ograniczeniami wydatków marketingowych. W sierpniu urodziła nam się nasza pierworodna córka, a dodatkowo przenieśliśmy się jeszcze z Warszawy do Poznania (co zasadniczo niby nie jest problemem, ale jak większość twoich klientów jest w WAW, to z czasem okazuje się jednak wbrew logice). W październiku oddałem służbowe auto, telefon i komputer, zrobiłem zarys biznesplanu sprzedażowego i zacząłem działać.

No dobra, załatwiłem sobie w miarę miękkie lądowanie, bo mój pierwszy kontrakt dograłem z moim byłym już pracodawcą. Ale nie po to zakładałem agencję, żeby żyć z jednego klienta. Na początku planowałem zostawić sobie drobną działeczkę związaną z PR (bo w końcu to potrafiłem jakoś robić) plus intensywnie rozwijać segment content, a właściwie custom publishingowy. Oczywiście do tego potrzebne są zasoby graficzne, projektowe, redakcyjne i know-how produkcyjne, którego mi brakowało. Rozwiązałem to w najprostszy możliwy sposób, czyli dograłem coś na kształt franczyzy z jedną z zaprzyjaźnionych agencji. Deal był prosty – ja przynoszę i operacyjnie ogarniam klienta, oni dają mi studio graficzne i ogarniają produkcję.

W Excelu wszystko się spinało… w realnym życiu szybko okazało się, że spina się „nie bardzo”.

Networking wcale nie okazał się tak skuteczny, jak bym chciał, a cold calle w 90 proc. kończyły się niczym. „Bądź wytrwały” – mówili, „nie poddawaj się” – mówili… no spoko, ale z drugiej strony z 20 telefonów – 10 nie zostało odebranych, w pięciu ktoś cię spuścił na przysłowiowe drzewo, trzema nie był zupełnie zainteresowany, a w kolejnych dwóch ktoś po prostu się niegrzecznie rozłączył. I tak jednego dnia organizowałem wyniki kwartalne dla spółki z WIG20, a miesiąc później siedziałem przy biureczku w swoim mieszkaniu, z małym najtańszym laptopem i odbijałem się od piarowców i marketerów, takich, jakim jeszcze przed momentem sam byłem.

Bez zaplecza, bez dużego brandu, który za mną stał i totalnie na własny rachunek. Dziesiątki telefonów, wiele wysłanych maili, kilkanaście spotkań… i nic. Po drugiej stronie kryzys finansowy, końcówka roku i brak budżetów, brak potrzeb w oferowanym zakresie.

„Oho, to nie jest wcale takie proste”. Pierwsze trzy miesiące były naprawdę frustrujące.

 

No ale powoli, powoli pojawiały się symptomy, że może się coś ruszyć. Pojawiły się pierwsze drobne projekty, potem kolejne, pierwsze stałe umowy etc. Oczywiście zaraz potem pojawiły się zaległości płatnicze (a VAT i dochodowy trzeba zapłacić), no ale to jest niestety wpisane w ten biznes. Kilka miesięcy po debiucie weszły do mnie większe projekty – pamiętam, jak pierwszy raz zobaczyłem na rachunku 100 tysięcy złotych… niestety 20 tysięcy poszło na VAT, kolejne dziesiątki na podatek, reszta na podwykonawców i produkcję. Zostało z tego niewiele, niemniej sam moment był fajny. A później to się już potoczyło. Pierwsi pracownicy, założenie spółki i wpuszczenie partnerów biznesowych, pierwsze biuro u teściowej na poddaszu (to jest dobra historia!) O tym jednak w kolejnych odcinkach.

Kiedy odetchnąłem? Tak szczerze, to jeszcze nie odetchnąłem. Zmieniła się tylko skala. Więcej ludzi, więcej projektów, większa odpowiedzialność. Czasem jest lepiej, czasem gorzej.

Czy była to dobra decyzja? Bez wątpienia tak. Z perspektywy czasu uważam, że jedna z lepszych, jakie podjąłem w życiu.

Jak Ci się podobał nasz artykuł?

Przepraszamy,
ta funkcja jest obecnie niedostępna.