Zanim założysz agencję – odcinek 7: Kryzys, który musiał nadejść, i próba projekcji na przyszłość

O tym, że kryzys się zbliża, rozmawialiśmy z agencyjnymi kolegami od mniej więcej 2-3 lat. Jest to przecież zgodne z wszelkimi prawidłami cyklu koniunkturalnego. Obserwowaliśmy rozpasaną konsumpcję, rozgrzany rynek pracownika, czuliśmy presję płacową. To była kwestia czasu. Oczywiście tylko nieliczni spodziewali się, że będzie to „czarny łabędź”.

Dzisiaj, po pół roku zawirowań, wiem, że… nadal nic nie wiem. 10 lat w tej branży nauczyło mnie, że można spodziewać się niemal wszystkiego. Szczęśliwie pierwsza fala pandemii przeczołgała nas w sposób umiarkowany. Część klientów wykorzystała to jako okazję do renegocjacji kontraktów. Inni, bardziej w początkowej fazie przerażeni, po kilku miesiącach zaczęli do nas wracać, nawet z większymi niż wcześniej budżetami.

Przy drugiej fali jestem konserwatywnie umiarkowanie ostrożnym optymistą. Gospodarka globalna się nie zatrzyma, a perturbacje na lokalnym podwórku dotkną tylko niektóre branże.

Wydaje się, że w jakimś stopniu oswoiliśmy pandemię i próbujemy zaadaptować się do nowych realiów. Niektóre zmiany, dynamicznie dokonujące się w tle, mogą być jednak znacznie głębsze, niż pierwotnie oczekiwaliśmy.

Zebrałem kilka moich przemyśleń po ponad 6 miesiącach epidemii (na bazie naszych agencyjnych doświadczeń).

1. Hybrydowe biura

Jakiś czas temu (gdy jeszcze mityczna krzywa się wypłaszczała) zaczęliśmy myśleć o powrocie do biura… i nie spotkaliśmy się ze specjalnie dużym entuzjazmem wśród członków teamu. Ostatecznie zdroworozsądkowo stanęło na tym, że rotacyjnie zespoły projektowe będą pojawiać się raz w tygodniu w określone dni.

Pamiętam, że na początku maja co chwilę padały pytania: „Kiedy wrócimy do biura?”.

Dziś, abstrahując od pełzającego lockdownu, wygląda na to, że ludzie przyzwyczaili się do pracy w domu, oswoili to i ułożyli sobie nowe rytmy dnia.

Dla mnie osobiście jest to dodatkowe 1-1,5 h dziennie, które wcześniej traciłem na dojazdy. Jest mniej rozpraszaczy, jest ciszej, nie angażuję się w nieistotne kwestie. Z 300-metrowego biura (które w międzyczasie przebudowaliśmy) wykorzystujemy realnie pewnie z 30 proc. – czekamy tylko, aż przestanie obowiązywać nasza umowa, i będziemy przenosić się do czegoś bardziej dostosowanego do bieżących warunków. Docelowo widzimy to jako miejsce, gdzie będzie kilka gabinetów, salek do spotkań + hot deski dla ludzi, którzy okazjonalnie będą wpadać, by popracować.

Widzimy to jako hybrydową formułę coworkingu, na zasadzie – potrzebujesz odmiany od siedzenia w domu i chcesz popracować z ludźmi, wpadnij do biura.

Zdalnie jesteśmy w stanie ogarnąć jakieś 90 proc. tematów, na te brakujące 10 proc. – jak się wydaje – spokojnie wystarczy jeden spotkaniowy dzień w tygodniu.

Czy wrócimy do stałej pracy? Ciężko to w tym momencie przewidywać, ale nie zdziwiłbym się, gdyby najbliższe 2-3 lata były mocno hybrydowe.

 

2. Koncentracja na zadaniach i szanowanie własnego czasu

Z radością odkryłem, że mogę mieć więcej czasu – nie chodzi o wspomnianą logistykę dotarcia do biura, ale też spotkania z klientami i dojazdy na te spotkania. Zdarzało nam się tracić cały dzień na podróż do klienta oddalonego o kilkaset kilometrów od Warszawy. Dziś z powodzeniem ogarniamy to via Teams albo Zoom – oczywiście wcześniej też te systemy istniały, potrzebny był jednak impuls, który pokazał nam wszystkim, że z powodzeniem możemy robić sporo rzeczy online. Oczywiście też należy się tego nauczyć – inaczej prezentuje się twarzą w twarz, a inaczej poprzez ekran.

Zauważam też, że te zoomowe spotkania są efektywniejsze i bardziej konkretne. Marketerzy szanują swój czas, wypychają więc tematy do przodu, załatwiają, co mają załatwić, i idą dalej. Wydaje się, że kto raz spróbował działać i załatwiać sprawy online, nie będzie chciał już wrócić do starej formuły – bo po co?

 

3. Jeszcze bardziej online

Niby banał, bo przecież wszyscy wiedzą, że życie przeniosło się do internetu, ale jak przyjrzymy się temu bliżej, to okaże się, że te zmiany są głębsze, niż pozornie nam się wydaje.

Spora część biznesów B2B do tej pory mogła spokojnie obejść się bez działania online… Wiem, to odważna teza, ale udokumentowana. W kilku przypadkach zauważałem, że wprawdzie realizowane były działania online, ale wszyscy, łącznie z marketerami, uważali, że było to robione trochę dla picu. Bo korporacja daje takie wytyczne, bo wypada etc., ale na koniec to i tak najlepiej zrobić event albo integrację z klientami, gdzie pozałatwiamy co trzeba. Aż tu nagle przyszła pandemia i okazało się, że na gwałt trzeba szukać innych ścieżek. „To co wy w tym internecie dla nas możecie zrobić?”.

Oczywiście na znaczeniu zyskują wszelkie kampanie zahaczające o performance. Z drugiej strony widzimy większe zrozumienie dla długofalowych działań SEO. No bo to w końcu darmowy, natywny i dobrze stargetowany ruch. Na sajt trafią ci, którzy konkretnie są zainteresowani naszymi produktami i usługami. Czego chcieć więcej…

 

4. Szacunek do pracy

Czy pandemia ma jakieś plusy? Jednym z niewielu jest utemperowanie rynku pracy. Rynku, który jeszcze rok temu był rozgrzany do czerwoności i gdzie rozbuchane oczekiwania finansowe nie zawsze szły w parze z doświadczeniem i etosem pracy jako takiej. Wydaje mi się, że pracownicy w większym stopniu szanują to, że ta praca jest…

 

5. Mniej wydajemy albo wydajemy inaczej

To jak zwykle jest wielopoziomowe – zacznijmy od dużej globalnej korporacji, która w tym roku nie robi sporego fizycznego eventu. Przeniosła się do świata online, za ok. 1/4 ceny. I co? I nic ! Biznesu wcale nie jest mniej, a w portfelu zostało kilkaset tysięcy złotych więcej. COVID zmienia mental biznesu – jeżeli przez kolejne pół roku albo rok nadal będziemy w „nowej rzeczywistości”, to może się okazać, że te zmiany będą znacznie trwalsze. Medal ma oczywiście dwie strony. Łącząc wymiar makro z mikro z naszego podwórka – nie kupujemy tzw. pool caru, bo znacznie mniej jeździmy. Zmniejszamy biuro, bo nie potrzebujemy aż tak dużego, nie mamy ludzi w biurze, więc mniej wydajemy zarówno na taxi, jak i na wszelkiej maści przekąski czy owoce (tak, tak, owocowe środy). Wreszcie nie kupiłem kilku koszul czy nowych marynarek, bo okazuje się, że najbardziej przydatny jest jednak dres.

Jeśli to nie jest konieczne, to nie wydajemy i oszczędzamy, ale tym samym nie napędzamy konsumpcji. Firma od koszul wyda w przyszłym roku mniej na marketing, firma samochodowa ograniczy wydatki mediowe w kolejnym kwartale etc. i koło się zamknie.

Mniejsze budżety marketingowe to trudniejsza sytuacja firm z branży. Domino ruszyło i obawiam się, że ten kryzys dopiero się rozpędza.

Jak Ci się podobał nasz artykuł?

Przepraszamy,
ta funkcja jest obecnie niedostępna.