Zanim założysz agencję – odcinek 4: „Musisz się dostosować. Zawsze!” – czyli o reakcji na kryzys, o bolesnych zmianach i o przewidywaniach na przyszłość

Szok, przerażenie, pożoga, niepewność, nieprzewidywalność, zaskoczenie – mógłbym tak wymieniać. Pewnie wszyscy możemy. Wszyscy musimy się odnaleźć w nowej sytuacji.

Zapytałem ostatnio mojego bardzo bliskiego kolegę, który przy okazji jest PR w jednym z dużych banków i na co dzień blisko pracuje z głównym ekonomistą i analitykami: „Co mówią?”. „C**j wie, niczego takiego dotąd nie było, rozkładają ręce” – odpowiedział.
Nie wiemy, kiedy „TO” się skończy i jak będzie wyglądać świat „PO”. Wiemy, że nie będzie taki sam.

Jak do tego wirusa podeszliśmy w agencji?
Zaraz po tym jak pojawiła się informacja, że szkoły będą zamknięte, zdecydowałem, żebyśmy wszyscy w agencji poszli na home office. Decyzję o tym podjąłem dosyć szybko, bo wiedziałem, że jesteśmy do tego przygotowani. Od lat pracujemy „chmurowo” – mamy zdalny serwer graficzny, pliki trzymamy backupowo też na Dropboxie, większość dokumentów współdzielimy z klientami w office online albo google’owych Docsach. Projektami zarządzamy via Trello. Poza studiem graficznym wszyscy od początku pracowali na laptopach.
Samo studio graficzne nie miało problemu z tym, żeby iść do domu – licencje do softu również mamy chmurowe, więc spokojnie możemy logować się z innych lokacji.

Przepięcie zajęło nam dosłownie chwilę i po niemal miesiącu całość działa bardzo sprawnie (momentami mam wrażenie, że sprawniej niż w biurze). Nie ma poślizgów, tematy są robione na czas, wszystko wychodzi w tempie do klientów. Ratują nas procesy, bo choć czasem nie są idealne, to mimo wszystko są i każdy wie, jak ma działać. Oczywiście pewnym utrudnieniem jest brak spotkań z klientami, ale konieczność odbywania ich via Skype, Zoom czy Teams powoduje, że są też efektywniejsze – nie tracimy czasu na dojazdy i rozmawiamy raczej o konkretach. Pod tym względem więc całość wygląda całkiem OK…

… ale gospodarczo to jest niestety gruba padaka.

Pięciu moich klientów solidnie oberwało – mimo wykonywania dla nich dobrej roboty projekty zostały albo anulowane, albo przeniesione na wrzesień. O ile nie dostaliśmy bezpośrednio, tak odłamki walą w nas po całości.
Oczywiście nie jest tragicznie, jak chociażby w branży MICE, gastro czy eventach, ale mimo wszystko zaczynamy ten kryzys solidnie odczuwać.

Próbuję redukować straty, ale sytuacja jest tak dynamiczna, że strzał może nadejść w każdej chwili i w każdym momencie. Choć biznes mam zdywersyfikowany zarówno pod względem liczby klientów, branż, jak i samego portfela tematyczno-produktowego, to i tak na koniec nie mam absolutnie wpływu na to, co się wydarzy. Na ten moment próbuję ochronić team i przetrwać w możliwie szerokim składzie. Nie liczę zupełnie na rząd, nie łudzę się, że podpisywanie petycji czy apele na Fejsie coś dadzą. Skupiam się na tym, żeby mieć plan A, B, C i nawet D.

Pierwsze, co zrobiliśmy, to zablokowaliśmy rekrutacje – mieliśmy kilka osób na ostatniej prostej i niestety musieliśmy to zatrzymać. Udało nam się szczęśliwie wynegocjować także lepszą cenę za wynajem biura. Wszelkie inwestycje, jak nowe stacje graficzne czy sukcesywna wymiana laptopów, przenieśliśmy na ten moment na Q4. Wywaliliśmy z planów integracje i budżety motywacyjne. No i niestety obcięliśmy wynagrodzenia – boli mnie to, ale to jest wybór mniejszego zła. Trzeba się dostosować, odnaleźć i przede wszystkim przetrwać. Pewnie nas to poturbuje, ale mam nadzieję, że będziemy po tym silniejsi.

A jak będzie wyglądał marketing w najbliższych czasach?
Myślę, że można wskazać pewne kierunki. Wydaje mi się, że będzie „marketing konkretu” – to nie jest czas na za przeproszeniem słodko-pierdzące kampanie CSR, employer branding czy wizerunkowe kampanie mówiące o wartościach. Jeszcze bardziej niż w 2009 r. będzie liczyło się ROI. „Wydałem tyle, zarobiłem dzięki temu tyle”. Tu i teraz – nie za rok, nie za dwa.
Stąd będzie królował odmieniany przez wszystkie przypadki perfomance – kierowany do e-commerce, zachęcający do zakupów albo lojalizacji.
Skłonność ludzi do konsumpcji będzie mniejsza, dlatego liczyć się będą wszelkiej maści zniżki, promocje i rabaty, by za wszelką cenę zachęcić ich do kupna. Drugim trendem może być budowanie więzi z użytkownikami, społeczności, brand ambasadorów z prawdziwego zdarzenia. Bo to oni będą tworzyć dla nas content i opinie, będą bronić marki, przekonywać innych i będą stałymi, lojalnymi klientami. Potrzebne będzie bardzo precyzyjne targetowanie i szycie na miarę ze świetnie podaną opowieścią o marce.

Marketerzy jeszcze bardziej niż dotąd zwariują na punkcie leadów i responsów… a te będzie zdobywać coraz trudniej. Bo ludzie owszem, więcej czasu spędzą online, ale z drugiej strony atakowani zewsząd przekazami będą precyzyjniej selekcjonować konsumowane treści. Obroni się branded content, ale musi być robiony inteligentnie, użytecznie i nieinwazyjnie. Musi współgrać z SEO i rozwiązywać konkretne potrzeby użytkowników. Jeszcze bardziej na znaczeniu zyska zintegrowane podejście do użytkownika i śledzenie jego poczynań w całym procesie decyzyjno-zakupowym.
Wreszcie zyska też na znaczeniu WoMM i reputacja online (nazywam to web brand security) – konsumenci kupujący online będą wyczuleni na negatywne komentarze na temat marek i produktów, nie będą chcieli pakować się na minę i będą poszukiwać wiarygodnych opinii, by utwierdzić się w przekonaniu, że dokonali właściwych wyborów. A my jak zwykle będziemy musieli się w tym odnaleźć i dostosować. W końcu każde wyzwanie jest kolejną biznesową szansą.

Jak Ci się podobał nasz artykuł?

Przepraszamy,
ta funkcja jest obecnie niedostępna.