Zanim założysz agencję – odcinek 1

7 rzeczy, które frustrują we własnej agencji

Dziesięć lat temu zdecydowałem się porzucić ciepłą korporacyjną posadkę, zaryzykować i iść na swoje. (Ha! A więc rzuciłem korpo, zanim to stało się modne!)

Pełen wiary, szalonego optymizmu, a z perspektywy – czasu i beztroski, stwierdziłem, że musi się udać.

Dziś już wiem, że wcale nie musiało się udać i że miałem przy tym wszystkim sporo szczęścia. „Początek” to jednak materiał na osobną historię… i o taki wpis pewnie pokuszę się już niebawem, niemniej 10 lat to szmat czasu, więc stwierdziłem, że może to dobry moment na pewnego rodzaju podsumowanie. Nie będzie to hurraoptymistyczny wpis niczym od business coacha z LinkedIna, bo bycie na swoim nie zawsze jest różowe.

Prowadzenie własnego biznesu to rollercoaster – czasem wspinasz się na górę, by za moment jeszcze szybciej ze strachem w oczach polecieć w dół. Tak, tutaj też jest sporo przeciążeń, momentami zbiera ci się na wymioty, chcesz, żeby to się skończyło, ale jednocześnie się od tego uzależniasz, podoba ci się to i chcesz te atrakcje szybko powtórzyć.

Zanim więc założysz własną agencję, zobacz, z czym możesz się później wozić.

Zaczynamy!

1. Czas, a właściwie jego brak

Przypomniała mi się reklama jednego z farmaceutyków, w którym uśmiechnięta pani zachwalała: „Odkąd założyłam własny biznes, mam więcej czasu na swoje pasje”… i to jest zasadniczo bullshit, jakich mało.

Prowadzisz własny biznes = nie masz czasu. Firmę masz ciągle w głowie. Kiedy się budzisz i bierzesz poranny prysznic, kiedy jedziesz do biura i kiedy czekasz na dzieciaki pod szkołą. Optymalizujesz i starasz się efektywnie wykorzystać czas, żeby wygospodarować chwilę dla siebie i tylko dla siebie.

Pilnujesz, doglądasz, dbasz, przewidujesz. Nie chodzi o pracoholizm, chodzi o troskę, bo wiesz, że to od ciebie sporo zależy i sam jesteś kowalem swojego losu. I jak już masz chwilę i czyścisz głowę, to i tak w pewnym momencie zaczynasz myśleć, co zrobić lepiej w firmie.

2. Pożary, ciągle gasisz pożary

Kampania nie idzie i nie dowozisz KPI – gasisz, twój utalentowany grafik dostał propozycję z innego miejsca i musisz się nagimnastykować, by go utrzymać – gasisz, account nie ma chemii z klientem – gasisz, korpo przycięło ci budżet – gasisz. Jak już wszystko ugasisz, to ciesz się tą chwilą, gdy nic się nie pali, bo nie potrwa ona zbyt długo. Możesz być pewny, że za moment coś się wywali i będziesz musiał znowu przywdziać swój gustowny strażacki uniform.

3. Bi to Bi, czyli musisz się układać

Biznes agencyjny to klasyczne B2B – masz po drugiej stronie decydenta (CMO, dyrektor marketingu, brand manager etc.) i jesteś skazany na jego łaskę. Można zaklinać rzeczywistość, mówić, że jakość obroni się sama, ale za długo siedzę w tej branży, żeby w to wierzyć. Możesz robić turbo dobrą robotę, po czym, gdy zmieni się szef marketingu, który ma swoją wizję i swój zaufany team, możesz tylko patrzeć, jak twój projekt się kurczy. Cóż, taki lajf – nie odkrywam Ameryki, bardziej potwierdzam, że to ciągle ma miejsce.

4. Cash flow – czyli o życiu na krechę

Kończysz projekt, wyszedł całkiem fajnie, klient jest zadowolony, ty w sumie też. Wszystko się zgadza, więc wystawiasz fakturę. Termin to zazwyczaj 30-45 dni. Tyle teorii – w praktyce zdarza się zwyczajowy poślizg. Przyczyn jest wiele: „Wiesz, nie mamy przyporządkowanego purchase order, poczekacie chwilę, OK? Bo muszę to klepnąć w administracji”. Albo: „Księgowość musi mieć raport z kampanii, żeby puścić przelew – wysłaliście to w zeszłym tygodniu… aaa, to sorry, gdzieś mi to umknęło, możecie wysłać jeszcze raz?”. I tak właśnie robi się dodatkowe 30-45 dni, czyli łącznie już dwa albo trzy miesiące. W czasie tych trzech miesięcy musiałeś zapłacić ludziom, których masz na pokładzie, trzy razy, a jeszcze nie dostałeś kasy za akcję, nad którą zacząłeś pracować cztery miesiące temu.

I nie mówię tu o patologiach, typu klient się zwinął i nie zapłacił (bo 99 proc. moich klientów to korpo, które bądź co bądź jest wypłacalne), tylko o sytuacjach w których najzwyczajniej brakuje linku pomiędzy marketingiem a księgowością. Marketer robi już inną kampanię i nie myśli o tym, że rozliczenie się procesuje w tle. To nie jego broszka, on jest od komunikacji.

Efekt tego jest taki, że w xls wszystko się zgadza, a jak patrzysz na konto, to musisz lawirować, żeby utrzymać płynność. Na koniec dnia niby zarabiasz cash, a jednak ciągle jedziesz na swojej kredytówce. Bo kasa jest w obrocie i nic z nią nie możesz zrobić.

5. Przetargi – robisz za darmo

Jestem raczej negatywnie nastawiony do przetargów i konkursów piękności.

W 75 proc. po wygranym przetargu zabawa zaczyna się od początku, bo okazuje się, że zmieniły się założenia (tutaj dyżurny tekst: „Wiecie, to było tylko zadanie przetargowe”) i trzeba zaczynać robotę od nowa. Abstrahuję od tego, że nie zawsze się wygrywa – z tym można żyć.

Problem jest gdzie indziej – czasem odpowiedź nie przychodzi wcale. I wtedy zaczyna się upokarzające dobijanie i dopytywanie. Czasem zaczyna się zwodzenie, a czasem po prostu przestają odbierać telefon i odpisywać na maile.

Inną kategorią są przetargi „nigdy nierozwiązane” – przykładowo w jednym jesteśmy od siedmiu miesięcy, w drugim za chwilę minie rok od momentu, gdy się zbriefowaliśmy. Na każdy poświęciliśmy łącznie 80-100 h jako team.

Summa summarum jakieś 3/4 twojej roboty idzie do piachu. Te 25 proc. musi wynagrodzić ci te wcześniejsze 75 proc.

Przetargi to temat rzeka, jeszcze do tego kiedyś wrócę…

6. Rekrutacja – czyli znajdź ogarniętych ludzi

To, że złapiesz biznes, to dopiero połowa sukcesu. Teraz trzeba jeszcze tego klienta obsłużyć.

Puszczasz ogłoszenie, przychodzi całkiem sporo CV – duża część niestety totalnie do kosza. Przez lejek przechodzi jakieś 60 proc.

Nauczeni doświadczeniem zadajemy mailowo 4-5 pytań filtrujących (oczekiwania, forma współpracy etc.), żeby zaoszczędzić czas na spotkania. Przez ten etap lejka przechodzi kolejne 30 proc. – reszta np. nie odpowiada albo nie odbiera telefonu. No więc z 20 osób powiedzmy, że chcesz spotkać się z sześcioma i teraz zaczyna się cyrk, bo niby nasi kandydaci są dorośli, ze sporym doświadczeniem zawodowym, często z fajnym track recordem, a wciąż okazuje się, że kandydat może po prostu nie przyjść na spotkanie. Mimo że ustawiłeś je specjalnie pod niego, np. na 7.30 rano. Witamy na rynku pracownika.

7. One man show & Swiss Army knife, czyli wielofunkcyjność

Załóżmy, że jesteś menedżerem w dużej firmie o ugruntowanej pozycji.

Chcesz zrobić prezentację i wydrukować BTL – easy, masz szablon, fajny brand book etc. Generalnie prosty temat. Zatrudniasz ludzi i potrzebujesz dla nich sprzętu – składasz request w IT i się dzieje. Powiększa ci się team i potrzebujesz przestrzeni – dzwonisz do administracji, która po prostu to organizuje. Potrzebujesz ludzi – proste, HR pomoże ci w rekrutacji. A jak to wygląda w średniej wielkości firmie, jak nasza? Bardzo podobnie, z tym że ty jako zarządzający jesteś w większość tych procesów mniej lub bardziej zaangażowany.

Oczywiście, to jest wszystko bardzo fajne, często kreatywne, a na dodatek rozwojowe. Tylko zabiera czas. A z tym czasem to wiesz, jak jest 🙂

Konkludując – a może „rzucić to wszystko w pizdu?”.

Tak, mam takie przemyślenia średnio raz na tydzień, po czym spinam poślady, zaciskam zęby i robię swoje. Bo na koniec dnia to tylko wyzwania.

Jak Ci się podobał nasz artykuł?

Przepraszamy,
ta funkcja jest obecnie niedostępna.