Zanim założysz agencję – odcinek 5: Top WTF moments

Jestem w biznesie okołomarketingowym już dobre 15 lat. Z tego prawie 10 po stronie agencyjno-zarządzającej. Jasne, nie jestem prezesem sieciówki, który dogrywa milionowe korpo deal na region, tylko raczej działam w średniej skali, ale to pozwala mi być ciągle bliżej prawdziwego biznesu i realnych potrzeb działów marketingu.

Przez te kilkanaście lat odbyłem setki spotkań z klientami z zakresu contentu, digital czy buzz  i szczerze powiedziawszy niewiele mnie już zaskakuje. To, że miał być deal, a jednak go nie ma, to, że mamy startować z kampanią, ale jednak musimy się wstrzymać, to, że zmieniły się założenia i wywalamy wszystko do góry nogami – proza życia, life, karma.

Czasem jednak trafia się zdrowy mindfuck – chwila, kiedy serio zastanawiasz się, „jak to jest możliwe?” – dziś będzie głównie o tym. No to zaczynajmy…

1. Filozofia Wschodu

Akcja miała miejsce sto lat temu, kiedy głównie robiliśmy drukowany custom publishing. Naszym klientem była duża firma międzynarodowa z branży logistycznej. Wydawaliśmy dla nich magazyn dla ich klientów. To samo w sobie było niezłe wyzwanie, bo magazyn był wydawany na region i np. przy składzie na węgierski było wesoło… no ale nie o tym miało być. Sytuacja wyglądała tak: Jedziemy na spotkanie, żeby przedyskutować layouty, które podesłaliśmy wcześniej do przejrzenia. Wszystko idzie płynnie i gładko aż do chwili, gdy dochodzimy do okładek. Omawiamy je i słyszymy od pani manager: „Zasadniczo jest OK, mi się bardzo podoba… ale wiedzą państwo, jest taka sprawa, że żona prezesa interesuje się zagadnieniami feng shui, zerknęła na tę okładkę i uznała, że ona nie spełnia wymagań tej filozofii, mam więc prośbę o zmianę”.  Siedzę naprzeciw, mogę dyskutować o zdjęciu, winiecie, fontach, ale w głowie nie mam zupełnie argumentów, jak mogę się do tego odnieść.

Mindfuck level 7/10

2. Lost in space

Znajoma pani od PR poleca nas firmie zależnej, która zajmuje się zagadnieniami związanymi z danymi. „Oni potrzebują wsparcia, szukają pomysłów, tam jest taki ogarnięty człowiek od marketingu, spotkajcie się i pogadajcie”. Fajnie! To są z reguły bardzo fajne deale, bo zadowolony klient poleca nas dalej. Mamy na początek jakieś przetarcie, więc to dobrze wróży.

Zatem jedziemy – jedno spotkanie, drugie, koncept, wizyta w data center, wycena, doszczegółowienie strategii, rozmawianie o wycenach. Idzie to naprawdę dobrze, mamy już niemal wszystko dograne, czekamy jedynie na finalny akcept i informację, kiedy mamy ruszyć.  Generalnie cała ta zabawa trwa dobrych kilkanaście tygodni… I w kluczowym momencie… pan zapada się pod ziemię. To znaczy nadal widzę go na LinkedIn, obserwuję, że bywa na konferencjach, tylko po prostu nie odbiera telefonu, nie odpisuje i generalnie zachowuje się, jakby żadnego tematu nie było i jakbyśmy razem nie rozmawiali o kontrakcie przez ostatnie 2 miesiące.

Dzwonię, dobijam się, próbuję dotrzeć bokami – „ma oddzwonić”, co oczywiście się nie dzieje.

W pewnym momencie przenoszę temat na listę „nic z tego nie będzie” i przestaję gościa ścigać, bo widzę, że to nie ma najmniejszego sensu.

Do dziś nie jestem w stanie zrozumieć, co się zadziało i dlaczego…

Mindfuck level 5/10

3. Pan z bardzo długą nazwą stanowiska

Duża firma z branży finansowej. Szefowa marketingu, przetarg, brief, wszystko po bożemu. Robimy koncept, jedziemy na spotkanie (duży kompleksowy projekt, więc po ich stronie wszyscy święci, po naszej też komplet załogi, żeby pokazać kompetencje, drive i energię). Całkiem fajnie, zadziałało, dzięki czemu trafiamy na short listę. W kolejnym kroku jesteśmy najlepsi i wygrywamy. Megafajnie! Pierwsze spotkanie operacyjne – pojawia się nowy gość.„Oto X, nasz nowy nabytek” – przedstawia go szefowa marketingu. „Ma duże doświadczenie w social media i generalnie będzie po naszej stronie koordynował działania”. OK, spoko, miło poznać. Mamy tylko opowiedzieć o tym, jak rozwiązaliśmy zadanie przetargowe i jaki mamy pomysł na komunikację. Prezentujemy, wszystko idzie dobrze, po czym dostajemy pytanie o dodatkowe KPI – hmmm, no nie było tego tematu wcześniej, ale oczywiście podejdziemy do tematu i przygotujemy odpowiednie slajdy za kilka dni. Tak też robimy.

Pojawiamy się ponownie, piękny biurowiec, szkło, metal, high life. Przez 2 godziny pokazujemy kolejne slajdy, klient X grzecznie macha głową. Na koniec wstaje i oznajmia, że fajnie, dzięki, ale on w sumie zdecydował, że chciałby jeszcze raz rozpisać przetarg i zaprasza nas, byśmy do niego przystąpili.

I jak zasadniczo jak jestem oazą spokoju, tak zalała mnie wtedy krew i powiedziałem, co o tym myślę. Nie przymierzyliśmy się do tego ponownie, bo jak na tym etapie ktoś nie szanuje naszej pracy, to nie zmieni tego później. Wyszło nam to na zdrowie, ale kac pozostał.

Mindfuck level 3/10 – wqrw level 10/10

4. Makulatura

Kolejna firma z branży finansowej – duży międzynarodowy biznes, wysoka kultura korporacyjna, ustawione procesy etc. Tematem jest magazyn wewnętrzny. Chcą do tego podejść bardzo PRO – zanim wydamy pierwszy numer, chcą zrobić badania, dowiedzieć się, czego oczekują ludzie, co powinno znaleźć się w periodyku etc. To w sumie rzadkie podejście, ale oczywiście robimy, wydłuża to odrobinę proces, ale wspólnie mamy przeświadczenie, że nam się to przyda w długim terminie. Wreszcie zaczynamy składać numer 1 – robi się trochę nerwowo, bo jest końcówka roku, ale wiadomo, musi być w pierwszym tygodniu na biurkach ludzi. Stajemy na rzęsach, ogarniamy drukarnię zaraz po świętach, załatwiamy w sylwestra logistykę. Wszystko gra, ale tuż na początku roku dostajemy cynk, żebyśmy wstrzymali się z dostawą, bo są drobne zmiany w firmie. Kilka dni później dostajemy info, że zmienił się zarząd… trochę to dla nas niefortunne, bo poprzedni CEO uśmiecha się do pracowników z okładki, a zaraz potem zaczynamy tekstem otwarcia na sześć stron z dedykowaną sesją foto. „Czy coś z tym można zrobić”? – pyta dział PR. „No można, rozkleimy, dorobimy nowy wywiad, się poskłada i powinno być OK” – zaczynamy nad tym prace. Dwa dni później dostajemy info, że nowy zarząd chce przyciąć koszty i cały projekt idzie do kosza. I tak oto wywaliliśmy na przemiał cały nakład magazynu.

Mindfuck level 4/10

5. Jest pan złodziejem!

Polska aspirująca firma z branży farmaceutycznej. Potrzebują wsparcia związanego z ochroną reputacji w sieci. Kasowanie negatywnych komentarzy, depozycjonowanie etc.

Fajny, stosunkowo prosty deal. Działamy w ten sposób kilka dobrych lat (tak, to nie pomyłka, kilka lat). Przy okazji pojawiają się nowe pomysły, staramy się cross-sellować, wreszcie pojawia się szansa na dodatkowy projekt. Przyjeżdżamy z konceptem, opowiadamy etc. Na spotkaniu po drugiej stronie marketing i część zarządu. W pewnym momencie dołącza prezes i założyciel firmy. No i zaczyna się przysłowiowa „zjebka” za główny projekt, który realizujemy od lat. Pada pytanie, jakie to przyniosło efekty i jak przełożyło się na sprzedaż? Ja na to, że te działania mają inny charakter reputacyjny w tle, co jest odpowiedzią na brief, jaki otrzymaliśmy od działu marketingu. Prezes pyta, czy może dostać raport – mówię, że oczywiście, tym bardziej że od początku miesiąc w miesiąc wysyłamy raporty z efektów naszych prac. Co więcej, raporty są podkładką do faktur, które systematycznie regulują.

Dowiaduję się, że on myślał, że te działania służą czemu innemu, a ja jestem oszustem i generalnie złodziejem. Aha, no to fajnie, myślę sobie, a w tym czasie prezes opuszcza spotkanie. Reszta zarządu ma raczej niemrawe miny, a marketing jest lekko zakłopotany.

Rozumiem optykę prezesa, rozumiem ciśnienie na ROI, tylko kurczę, trochę inaczej byliśmy briefowani i trochę inne cele przed nami postawiono. Koniec końców nasz kontakt skończył się miesiąc później, a sam team marketingowy rozszedł się po innych firmach w ciągu kolejnego kwartału.

Mindfuck level 6/10

6. Zlecenie z Monachium

W strategii firmy zapisałem sobie, że pracujemy głównie z dużymi firmami… ale czasem zdarzają się wyjątki. Z reguły zostajemy gdzieś poleceni, chcemy zrobić drobną uprzejmość albo po prostu możemy to dobrze wycenić.

Tak było i tym razem. Odzywa się do nas zaprzyjaźniony dyrektor marketingu, że znajomy znajomego ma koleżankę w Niemczech i że ona ma tam jakiś biznes i potrzebowałaby wsparcia przy stronie i SEO. Dobry, stabilny, wypłacalny biznes i że jeśli trzeba, to możemy się rozliczyć nawet w gotówce.

No dobra, możemy się przymierzyć.

Jakież jest moje zdziwienie, gdy okazuje się, że wskazana pani prowadzi biznes z kategorii „najstarszy zawód świata”, tylko na poziomie affluent/premium i za grube euro. Strona ma być raczej elegancka, choć przydałaby się nowa sesja zdjęciowa. Niezwykle ważne jest pozycjonowanie i wyszukiwanie organiczne.

Cyrk robi się, jak dostajemy listę słów kluczowych do rozwinięcia oraz zaczynamy robić przegląd kategorii. Chwilę później przy naszym researchu zaczyna działać remarketing i cała moja przeglądarka jest zawalona ofertami konkurentek, co stawia mnie w nieco niekomfortowej sytuacji, gdyby przyszło mi pokazywać coś online na innym spotkaniu biznesowym.

Ech… biznesowo to wcale nie jest takie easy. Na koniec nic z tego nie wyszło, wpadł nam inny deal i nie mieliśmy jak do tego rzetelnie podejść. Niemniej doświadczenie było hmmm… ciekawe.

Mindfuck level 5/10

Po tym terapeutycznym marudzeniu na klientów na koniec jeszcze dla odmiany coś z naszego własnego podwórka.

7. Człowiek od nowego biznesu

To było na samym początku, myślę, że w okolicach 2011 roku. Biznesowo powoli się rozkręcaliśmy, ale zacząłem dostrzegać, że przydałoby mi się wsparcie w generowaniu nowego biznesu. Trzeba więc kogoś zatrudnić – poszło ogłoszenie, spotkałem się kilkoma osobami. W końcu wybrałem jednego dżentelmena – dobra prezencja, jakieś doświadczenie w CV, wygadany, łapie dobry flow. Zatem witamy na pokładzie. Mija pierwszy miesiąc – nic, zero efektów. OK, rozumiem, gość musi się rozkręcić. Mija drugi – w xls, który służył nam jako CRM, pojawiają się jakieś nazwy firm, poszczególne osoby etc., ale nadal żadnych spektakularnych efektów. Powoli tracę cierpliwość, bo jednak muszę co miesiąc gościowi płacić, bo tak się umówiliśmy. W trzecim miesiącu nadal nic, mówię: Gościu, weź się do roboty, bo nie o to chodzi. „Spoko, spoko, umawiam właśnie spotkanie”. No i faktycznie kilka dni później jedziemy na spotkanie do jednego z największych deweloperów w PL. Biurowiec pod Warszawą w klimacie wczesnych lat 90. Wielki hall, wielki gabinet szefowej marketingu, w którym się spotykamy. Ale tutaj zonk, nie z nią, tylko z jakąś bliżej nieokreśloną personą, która przyszła do biurowca chwilę przed nami. Pani cierpliwie słucha i nie zadaje pytań. Generalnie czysta kurtuazja, zakończona: „Dziękujemy, odezwiemy się”. WTF? Co tu się wydarzyło, coś mi nie gra. Kilka dni później kończymy z gościem współpracę, bo generalnie bierze pieniądze za nic. Parę miesięcy później okazuje się, że była to czysta ustawka – gość miał znajomą w agencji PR pracującej z deweloperem, która poprosiła o użyczenie sali tylko po to, żeby gość mógł pokazać, że ma jakieś efekty. Brawo.

Mindfuck level 7/10

Jak tam z waszymi WTF moments ? 🙂

Jak Ci się podobał nasz artykuł?

Przepraszamy,
ta funkcja jest obecnie niedostępna.