Dzień z życia szefa agencji – oczekiwania vs rzeczywistość

Zanim założysz agencję – odcinek 2:

Zapadł mi w pamięć cykl publikacji, jakie jakiś czas temu ukazywały się na proto.pl – traktował on o tym, jak ludzie z branży spędzają swój dzień. Czytałem to z dużym zaciekawieniem, bo za każdym razem wychodziło mi, że wiodę straszliwie nudne i sztampowe branżowe życie. To było trochę jak Instagram – niezależnie od tego, jak fajnie układasz sobie życie, to na twoim insta streamie i tak zazwyczaj ktoś ma lepiej, fajniej i generalnie „bardziej wszystko”.

I tak jak w przypadku wspomnianego Instagrama wychodziło mi, że „wszyscy wokół” są gwiazdami komunikacji, a ja tu bezsensownie ciężko się ścieram, próbując cały ten swój bałagan jakoś logicznie poukładać.

A przecież nie tak miało być… Może siedzi we mnie głęboko zakorzeniony mit agencyjny pierwszych lat po transformacji. Szybkie kariery, szybkie życie, szybkie samochody. Stety albo niestety się na to nie załapałem. U progu trzeciej dekady lat dwutysięcznych gospodarka i branża wyglądają inaczej niż w 1995 roku, ale wciąż, w szczególności w towarzystwie ludzi spoza środowiska, ocieka wszechobecną atrakcyjnością. Bo przecież jest kreatywnie, tyle się dzieje, fajne tempo, nigdy się nie nudzicie, dużo nieformalnego luzu i ciągła dynamiczna zmiana…

Zatem więc, zanim drogi czytelniku zdecydujesz się założyć własną agencję, zobaczmy, jak to wygląda od zaplecza.

OCZEKIWANIA

Cieszę się, że kolejny słoneczny, letni dzień przed nami.

Wstałem o 5. Tak podzieliliśmy się z żoną, że trzy razy w tygodniu wiezie dzieci do szkoły, dzięki czemu mam 2 h na poranny trening na szosie (wiadomo, człowiek sukcesu musi być fit, w dobrym tonie jest też biegać maratony, a najlepiej uprawiać triatlon).

szosa

Koło 8 po lekkim wegańskim śniadaniu wsiadam do swojego czarnego Porsche i opuszczam dach. Promienie letniego słońca miło muskają policzki. Pierwsze spotkanie mam o 9. Umówiłem się z klientem na śniadanie na mieście. To oczywiście bardziej relacyjny deal, ale cieszę się, że moi ludzie posuwają go do przodu i klient jest zadowolony.

O 11 mam prezentację przetargową. Mamy wszystko dopieszczone od 2 dni na tip-top. Wierzę, że to tylko formalność, bo po poprzedniej prezentacji klient był zachwycony i chodzi tylko o dogranie szczegółów. Najfajniejsze jest to, że właściwie wszystko zadziało się poza mną i ja jedynie firmuję całość. Dobra, weszło. Good kill!

spotkanie biznesowe

Na 13.30 mam lunch na mieście. Ustawiłem się z kolegą z agencji PR, bo mają u siebie pewien temat i potrzebują wsparcia spoza swojego scope. Ja pomogę jemu, on pomoże mi, wszyscy na tym zyskają.

O 14.30 ląduję w biurze. Mamy do przegadania brief od klienta – mamy na to 2 tygodnie, ludzie w sumie wiedzą, co mają robić, więc generalnie temat jest poukładany. Spoko, możemy iść z tym dalej.

16.30 odbieram dzieciaki ze szkoły. Przed 17 jesteśmy w domu. Do 20 robimy wszystkie durne rzeczy, które można zrobić z 8-10-latkami. Bo jesteśmy dla siebie.

Dziś będę wyrodnym ojcem, ale na 21 jadę na galę konkursową. Jesteśmy nominowani w dwóch kategoriach… i fajnie udaje nam się zgarnąć laury. Lans, bans, splendor, chwała, lasery. Przed 24 zawijam do domu – chyba jestem już za stary na afterparty. Jutro w końcu to ja wiozę dzieciaki.

… mniam, poociekało lukrem. A teraz zejdźmy na ziemię i zobaczmy, jak to wygląda w realu.

RZECZYWISTOŚĆ

Jprdl, czy w tym kraju przez 3/4 roku musi być taki syf na dworze??? Niby lato, a jest 13 stopni, siąpi i wieje.

deszcz

Dobra, jest 5, w sumie miałem iść na rower, ale raz, że pada, a dwa, że przecież wczoraj wieczorem padłem już na przysłowiowy ryj i nie dałem rady dokończyć slajdów. O 7 obudzą się dzieciaki, więc jeszcze to ogarnę.

Shit, już 7. „Załoga, wstajemy. Co chcecie jeść”? Dobra, o 8 są już odstawieni. O, mam spotkanie na placu Trzech Krzyży. Spoko, dojadę, tylko czy ta Czerniakowska musi zawsze być tak zawalona???

Ping, ping. „Sorry, Kris, ale mamy tu awarię z korpo i musimy przełożyć nasze spotkanie”. Pięknie… dobra, to jednak muszę się przebić na skrajny lewy pas i jechać do biura… Przynajmniej się odkopię. Po drodze błogosławię bożka Bluetootha, bo w imię optymalizacji i efektywności załatwiam jeszcze pomniejsze calle z klientami.

Wchodzę do biura, na progu dostaję od naszej szefowej administracji i HR info: „Kris – nie będzie dziś K, bo wylądował na SOR z jakimś zatruciem”. Shit… a mamy te grafy od niego? – pytam. „Tak, ale nie wszystkie, bo nie dał rady tego skończyć”. Aha… Dobra, wstawiajmy to na slajdy, coś dorzeźbimy jeszcze w tym czasie. Na którą my tam do nich jedziemy? Na 13? Spoko, damy radę. OK, „B”, zamawiajmy taksę, tam nie ma gdzie zaparkować.

O 13 jesteśmy u klienta – to czwarte spotkanie w temacie przetargu. Tak szczerze powiedziawszy, po tych wszystkich debriefach, poprawkach, modyfikacjach i aktualizacjach to już naprawdę niewiele zostało z naszego pierwotnego konceptu. Klientowi wydaje się, że zmieniła się wizja i przez to my trochę też się w tym gubimy. Ale spoko, idziemy do przodu. Trzy godziny później wypruci wracamy do biura… to znaczy ekipa wraca, bo ja się ładuję w taxi i jadę po dzieciaki. Po drodze wiszę na callu z szefową socialu, żeby przegadać plan i ugasić kilka mniejszych pożarów.

Uff, udało się – familia odebrana. Czy ja coś dziś, kurczę, jadłem na obiad? Chyba nie bardzo… „Ej maluchy, chcecie z ojcem trochę makaronu?”.

makaron

Do 22 jesteśmy dla siebie… Dzieciaki są extra, a jak zasną, to też są extra. Żona mnie woła, bo na Netfliksie jest coś tam fajnego… super, chciałbym obejrzeć, ale przykisiłem całe popołudnie na spotkaniu i jak się nie odkopię teraz, to rano mi uciekną kolejne godziny.

Jutro na 10 jestem umówiony i jak nie posunę spraw do przodu teraz, to wszystko mi się przetasuje… Kończę koło 1, czas do łóżka. Na którą ten budzik – 6 będzie OK, coś tam jeszcze przez godzinę dokończę…

Oczywiście, jak w dobrej fabule, bohaterowie i wydarzenia są fikcyjni.
Ale ten film jest inspirowany realnymi postaciami.
Oczywiście też to wszystko na potrzeby telewizji jest przerysowane i wyolbrzymione.
Ale czy w realu zdarzają się „oczekiwania”? – tak, ale rzadko, okazjonalnie, prawie wcale.
A czy „rzeczywistość” jest rzeczywistością? – niestety często bywa.

Ale na koniec dnia to mój wybór i z perspektywy czasu to mimo wszystko jeden z lepszych wyborów, jakie podjąłem. Krew, pot i łzy.

————–


FOT. Unsplash.com (credits: dylan-gillis / flo-karr / joy-stamp / sebastian-holgado).

Jak Ci się podobał nasz artykuł?

Przepraszamy,
ta funkcja jest obecnie niedostępna.